Czego nienawidzę na polskich kempingach
Od kiedy pamiętam, na wakacyjne wyjazdy z rodzicami jeździliśmy pod namiot. Zwiedziłem więc sporo kempingów w Polsce i za granicą — w Danii, Niemczech, Czechach, Austrii, Słowacji. Polskie kempingi na tle moich doświadczeń wypadają słabo. A po odwiedzeniu kolejnych pięciu w tym roku, naszło mnie na napisanie tego artykułu. I wysączę tu cały jad, który mi się podczas tych kempingowych wakacji nazbierał.
Oto pełna lista rzeczy i sytuacji, które denerwują mnie na polskich kempingach.
Po pierwsze i najważniejsze, nienawidzę brudu, który jest nieodłącznym elementem polskich kempingów. Może tylko tych, na których ja się pojawiam — w końcu nie przetestowałem wszystkich pól namiotowych w kraju. Tak czy siak, mogę spokojnie powiedzieć, że na każdym z kempingów miałem zastrzeżenia co do czystości.
Że pod prysznic w Polsce trzeba chodzić w klapkach (ryzyko grzybicy!), każdy chyba wie. Nie ma nic bardziej ohydnego, niż łazienka czy ubikacja ze znajdującą się na podłodze wodą. Wodą, czy jakimś innym płynem, bo przecież nie sposób ocenić jego koloru na brudnej podłodze. Nie wiadomo więc, na czym się postawi nogę.
Ja naprawdę rozumiem, że ciężko może być umyć podłogę czy ściany, które nie widziały pędzla z farbą od co najmniej 10 lat. Oczekuję jednak, że wydając moje ciężko zarobione pieniądze nie będę miał ochoty brać na kemping ze sobą toalety chemicznej i własnego prysznica.
Po drugie, nienawidzę dziwnych akcji z prysznicami. I nie mam tu na myśli brudu, opisanego powyżej, tylko inne historie, takie jak:
- prysznic działający na żetony (7 PLN za 5 minut, albo odwrotnie) (kemping na Mazurach),
- prysznic płatny, chyba 10 PLN za kąpiel, która musiała się skończyć na hasło rzucone przez właścicielkę kempingu (za 10 PLN można nagrzać tyle wody, że przez tydzień bym się kąpał!) — która nota bene stwierdziła, że opłatę za prysznic brać musi, bo kemping jest bardzo tani! (to na Mierzei Wiślanej),
- prysznic otwierany tylko w określonych godzinach (np. 7:00-10:20 i 18:00-22:20 — czemu do 22:20 a nie do pełnej godziny?) (Góry Stołowe),
- prysznic czynny całą dobę, ale z ciepłą wodą dostępną tylko w określonych godzinach (Karkonosze),
- niewystarczająca liczba haczyków do powieszenia ubrań — dwa haczyki do powieszenia dwóch kompletów ciuchów (czystego i zdejmowanego z siebie) i ręcznika to zdecydowanie za mało, zwłaszcza w przyciasnej kabinie prysznicowej, co kończy się zachlapaniem wodą wszystkiego, co tylko można zachlapać,
- brak miejsca na postawienie płynu do kąpieli,
- i oczywiście tandetne krany, „słuchawki” prysznicowe i uchwyty do ich trzymania — o niemożności ustawienia żądanej temperatury i ilości wody nie wspominając.
Po trzecie, nienawidzę drożyzny prądowej. Nienawidzę drożyzny w ogóle, to zupełnie inna historia, ale już ceny podłączenia prądu do samochodu kempingowego przerastają ludzkie pojęcie. Podczas tego wyjazdu prąd podłączałem na wszystkich trzech kempingach, płacąc za to po 10 PLN za dobę. Za te pieniądze można kupić na wolnym rynku 20 kWh energii elektrycznej — aby zużyć tyle prądu musiałbym włączyć w środku elektryczną farelkę o mocy 1 000 W na niemal całą dobę.
Od przyszłego sezonu przestaję płacić za prąd, bo to naprawdę szkoda pieniędzy. Tym razem nie wziąłem ze sobą ogniw fotowoltaicznych, ale i bez nich pewnie starczyłoby mi prądu. Zamiast na prądzie, lodówkę kempingową zasilałbym gazem, bo wymiana butli i tak jest tańsza, niż płacenie za prąd! Do zasilenia laptopa wystarczyłoby mi prądu zmagazynowanego w akumulatorach żelowych…
Po czwarte, nienawidzę kłopotów z podłączeniem prądu. Nie, nie chodzi mi tu o to, że do mojego kempingowego samochodu na polskich kempingach nie ma pasujących złącz a szczytem luksusu jest uziemione bryzgoszczelne gniazdko w szafce, wyposażone jeszcze w osobny bezpiecznik automatyczny. Do tego, że najczęściej w nieszczelnej szafce jest kilka tandetnych gniazdek z jednym bezpiecznikiem na wszystkie zdążyłem się już przyzwyczaić — ot, dodatkowy bonus adrenalinowy przy odłączaniu kabla. Przedłużacz ogrodowy musiałem kupić dwa sezony temu, razem z przejściówką pasującą do mojego samochodu.
To, o na co w tym miejscu chciałem ponarzekać, to konieczność poczekania na kogoś, kto będzie mógł mi podłączyć prąd. Czasem jest to pani sprzątająca toalety (Karkonosze), czasem pan z recepcji, marnujący czas na pogaduszki z innymi pracownikami obiektu albo palenie papierosów (Góry Stołowe). Zawsze trzeba poczekać, aż ten ktoś łaskawie znajdzie czas, przyjdzie do nas, otworzy nam szafkę i pozwoli wetknąć kabel w gniazdko. Ta sama historia przy wyjeżdżaniu z kempingu, gdy niekiedy czas ma naprawdę niemałe znaczenie! Ci ludzie chyba nie rozumieją, że to oni są tam dla nas, a nie my dla nich!
Pod ten punkt podpada również mała liczba gniazd do podłączania prądu. Kiedyś na kempingu w Bieszczadach okazało się, że połowa z zainstalowanych gniazdek nie działa — a w pozostałych nie było miejsca, przez co mimo zapłacenia za prąd, nie mogłem z niego skorzystać…
Po piąte, nienawidzę kiepsko utrzymanych trawników. Na trzy odwiedzone podczas zakończonego wczoraj wyjazdu pola namiotowe, tylko jedno z nich miało dobrze utrzymany trawnik, choć nie przystrzyżony (koło Poznania). I to chyba tylko dlatego, że nie było tam zbyt dużego ruchu. Pozostałe miały albo dawno nie strzyżony, wygnieciony trawnik (Karkonosze) albo pięknie wystrzyżony trawniczek z hałasującą w tle spalinową kosiarką, ale miejscami tak wygnieciony i zasuszony, że trawa nieomal w ogóle zanikła, pozostawiając tylko spękaną ziemię (Góry Stołowe).
Po szóste, nienawidzę szukać kempingów. Zarówno „na sucho”, w domu, przed komputerem, jak i później, z samochodu. Polskie kempingi nierzadko nie mają stron internetowych, przez co niemal niemożliwe jest ich odnalezienie w internecie. Wyszukiwarki zwracają bowiem mnóstwo nieprzydatnych wyników, np. na hasło „kemping Poznań” znajdują podstrony serwisów turystycznych z ofertami kempingów w Poznaniu — przy czym ofert akurat brak. Pewną pomocą jest strona Polskiej Federacji Campingu i Caravaningu, ale ona woła o pomstę do nieba. Podczas tego wyjazdu odwiedziliśmy 4 kempingi polecane na stronach PFCC — z czego jeden był w ogóle nieczynny (ten w Poznaniu) a do każdego z trzech pozostałych mieliśmy jakieś zastrzeżenia.
Gdy już znajdę jakiś interesujący mnie kemping i zaplanuję jego odwiedzenie, muszę jeszcze znaleźć go na miejscu. Z braku szyldów umieszczonych w odpowiednim miejscu (np. przy głównej przelotowej drodze) nie raz i nie dwa musiałem prosić o pomoc w znalezieniu kempingu…
Po siódme, nienawidzę niechęci właścicieli kempingów do ewidencjonowania sprzedaży usług. Ledwie trzy razy na odwiedzonych przeze mnie kempingach zdarzyło mi się, że otrzymałem bez pytania pokwitowanie zapłaconych pieniędzy, wraz z rozliczeniem opłaty klimatycznej (jeśli była pobrana). W tym roku — ani razu. Gdy raz o to poprosiłem (to ten kemping ze zmienną temperaturą ciepłej wody, w Karkonoszach) co by móc złożyć pisemną reklamację, wywołałem niemały popłoch. Okazało się, że pieczątka jest w rozsypce (osobno sama pieczątka, osobno automat z resztą elementów i poduszką z tuszem) a pani za ladą nie bardzo potrafi wypełnić druczek. Nota bene, otrzymane przeze mnie pokwitowanie miało numer 19/2009 — czy to oznacza, że wcześniej kemping odwiedziło tylko 18 rodzin?
Może innym to nie jest potrzebne do szczęścia, ale ja jednak wolałbym, by wszystkie dochody kempingów pojawiały się na papierze i były uczciwie rozliczane. Jak mam ufać komuś, kto oszukuje nie tylko państwo (bo nie płaci podatków, ukrywając dochody) ale i swoją lokalną społeczność (unikając odprowadzania opłaty klimatycznej). Jestem bowiem przekonany, że za tą niechęcią do pokwitowań kryją się właśnie te dwa grzechy. Choć oczywiście trzeba zauważyć, że pewności żadnej absolutnie nie mam.
Po ósme, nienawidzę buractwa współkempingowiczów. Oczywiście rozumiem, że wszyscy przyjeżdżamy tam wypocząć, a każdy z nas ma swoją definicję wypoczynku. Tylko że jestem tam mniej niż gdziekolwiek tolerancyjny dla:
- głośnej muzyki, nie tylko w godzinach uświęconej tradycją ciszy nocnej,
- smrodu papierochowego dymu,
- smrodu podpałki do grilla.
Pewnie bym na to nie zwrócił uwagi w ogóle, gdyby nie fakt, że półroczny Franek, który z nami jechał na ten wyjazd, jednak nie powinien być narażony na dym papierosowy i dym podpałki do grilla. No ale pewnie ja przesadzam, bo „trochę mu nie zaszkodzi”.
W sumie gdyby nie prysznice i pewne wrażenie większego bezpieczeństwa niż na przydrożnym parkingu, pola kempingowe w ogóle nie byłyby mi potrzebne. Szkoda, że nie mam kampera wyposażonego w prysznic i naprawę duży zbiornik na wodę.
6 komentarzy do artykułu “Czego nienawidzę na polskich kempingach”
Pozostaw komentarz
Pamiętaj tylko proszę o polityce komentarzy!
Pierdolisz jak baba, jeszcze chusteczki ci nikt nie wetknął za kołnierz podczas spożywania obozowego homara. To kemping, nowobogacki deklu! Je się konserwy nożem, a nie szpanuje autem.
[…] Ostateczny kształt tego artykułu znajdziecie tutaj: Czego nienawidzę na polskich kempingach. […]
Jakbyś chciał kiedyś odwiedzić swoim kamperem Wrocław, to zapraszam do mnie 🙂 Z podłączeniem prądu nie będzie problemu, ciepła woda jest i grzybicy też nie trzeba się obawiać.
@kobzacz: dzięki za zaproszenie, będę pamiętać. 🙂
Myślę, ze nieco przesadzasz. Za prąd i ciepłą wodę w prysznicu na kempingach płaci się nie tylko w Polsce, ale również Chorwacji, Szwajcarii Austrii i tp. Fakt, że campingi tam są czyściuteńkie. Natomiast od 22 obowiązuje cisza nocna i jeśli chcesz zakwaterować się o późniejszej godzinie, to możesz liczyć się z tym, ze nie zostaniesz na kemping wpuszczony, bo jest cisza nocna. W tych krajach po 22 tez możesz spodziewać się zimnej wody w prysznicu- cisza nocna – nie ma kąpieli.
mysle, że nie przesadzasz…też trochę bywam tam i tu…obsługa zachowuje sie jak by była tam za kare, a sprzęt….jaki sprzęt? na szczęscie nadal często jest na kempingach coś co rekompensuje lipne prysznice i daremną obsługę……..przydała by sie jakaś baza miejsc gdzie można sie rozbic bez stresu i bez tego wszystkiego…na dzikusa..
pozdr.